Po obejrzeniu Lemonade siedzę i myślę.
O tym, że niejeden robił sobie z tego filmu podśmiechujki, jak to biedactwa zarabiające ciężką mamonę nabijaniem porządnych ludzi w bambuko musiały nagle wziąć się za prawdziwą robotę. Ale to znaczy, że niewiele zrozumiał i niewiele wie o tej branży i zarobkach w niej.
O tym, że agencje reklamowe to od kilku dekad osobliwe schronienia dla niespecjalnie przystosowanych do życia jednostek. Fizyka, ornitologa, filozofa, polonisty bez dyplomu (tak, pamiętam też o psychologach). Którzy ze swoimi niespecjalnie przydatnymi gdzieś indziej umiejętnościami angażują się w tworzenie papki, której sensem jest istnienie dla samej siebie, która niczego nie zmienia i na nic nie ma wpływu, bo na każdą emitowaną perswazję przypada masa innych, mających ją zneutralizować (więc tak jakby nikomu nie szkodzą. Pomijam outdoor. Outdoor jest zły). I że te jednostki są w zasadzie jednymi z najbardziej twórczych, subtelnych, dowcipnych, inteligentnych, wrażliwych istot na ziemi — dopóki stres, alkohol, narkotyki i mania własnego ego nie zmienią ich w coś odrażającego.
Że obecna generacja reklamiarzy niewiele ma wspólnego z zawodem sprzedawcy, że są to ludzie przygotowani i wyedukowani tylko i wyłącznie do życia agencyjnego. Więc tym bardziej odczuwam sympatię i nawet pewien szacunek dla tych, którzy nie tyle są w stanie odnaleźć się poza nim (w końcu mówimy o dorosłych, inteligentnych ludziach), co wytrzymać bez niego. Bez tego blichtru, pośpiechu, tworzenia (bo mówimy przecież o rozneurotyzowanych, wydelikaconych istotach o witalności rozwielitki).
I o tym, że najbardziej podziwiam ludzi, którzy niezależnie, czy w mikroświecie reklamy, czy poza nim, są w stanie nie wtopić się w urzędniczą, szarą masę, przelewającą się co rano na trasie Metro Wierzbno — Domaniewska — Galmok — Metro Wierzbno. Bo głośno mówimy, że chodzi o pewien poziom, zabezpieczenie rodziny, regularny przelew uczciwej kwoty. Ale kiedy nikt nie widzi, dalibyśmy się pokroić za odciski od pióra na palcach, plamy z tuszu na nowym stole, za ten wyrysowany wreszcie idealnie ogonek pod a czy oczko pod g, za wyhodowany w jedną noc od zalążka do layoutu pomysł. Za obracane w głowie zdanie czy frazę, które nad ranem rozwijają się wreszcie w coś fajnego. Zrobić z tego sposób na życie, zamiast tracić je na spotkaniach, telekonferencjach i wysiadywaniu dupogodzin w niewietrzonych biurach nad podłą kawą — dla mnie to jest sens wyciskania własnymi rękami cytryn i do tego ten film inspiruje.
Sam wątek kurczenia się agencji i zwalniania ludzi wydaje mi się drugorzędny. Może dlatego, że to mój drugi globalny kryzys i wydaje mi się, że w 2002 roku było dużo trudniej. Może dlatego, że bez prawdziwego kryzysu nie ma prawdziwej zmiany. A może dlatego, że moją ostatnią agencję fala zmyła prawie rok temu i nie robi to już na mnie takiego wrażenia…