Archive for the ‘Dzień z życia...’ Category

Prezent od Klienta

Sunday, January 24th, 2010

Pan wie, kto po tym stąpał itd.

Czasem najwięcej satysfakcji sprawia praca w zamian za coś, co wygląda np. jak kawałek sznurka. I tak jest w tym przypadku — chociaż dziwnymi ścieżkami kroczy ten projekt, to sprawia ogromną radość.

Cytryny

Saturday, January 16th, 2010

Po obejrzeniu Lemonade siedzę i myślę.

O tym, że niejeden robił sobie z tego filmu podśmiechujki, jak to biedactwa zarabiające ciężką mamonę nabijaniem porządnych ludzi w bambuko musiały nagle wziąć się za prawdziwą robotę. Ale to znaczy, że niewiele zrozumiał i niewiele wie o tej branży i zarobkach w niej.

O tym, że agencje reklamowe to od kilku dekad osobliwe schronienia dla niespecjalnie przystosowanych do życia jednostek. Fizyka, ornitologa, filozofa, polonisty bez dyplomu (tak, pamiętam też o psychologach). Którzy ze swoimi niespecjalnie przydatnymi gdzieś indziej umiejętnościami angażują się w tworzenie papki, której sensem jest istnienie dla samej siebie, która niczego nie zmienia i na nic nie ma wpływu, bo na każdą emitowaną perswazję przypada masa innych, mających ją zneutralizować (więc tak jakby nikomu nie szkodzą. Pomijam outdoor. Outdoor jest zły). I że te jednostki są w zasadzie jednymi z najbardziej twórczych, subtelnych, dowcipnych, inteligentnych, wrażliwych istot na ziemi — dopóki stres, alkohol, narkotyki i mania własnego ego nie zmienią ich w coś odrażającego.

Że obecna generacja reklamiarzy niewiele ma wspólnego z zawodem sprzedawcy, że są to ludzie przygotowani i wyedukowani tylko i wyłącznie do życia agencyjnego. Więc tym bardziej odczuwam sympatię i nawet pewien szacunek dla tych, którzy nie tyle są w stanie odnaleźć się poza nim (w końcu mówimy o dorosłych, inteligentnych ludziach), co wytrzymać bez niego. Bez tego blichtru, pośpiechu, tworzenia (bo mówimy przecież o rozneurotyzowanych, wydelikaconych istotach o witalności rozwielitki).

I o tym, że najbardziej podziwiam ludzi, którzy niezależnie, czy w mikroświecie reklamy, czy poza nim, są w stanie nie wtopić się w urzędniczą, szarą masę, przelewającą się co rano na trasie Metro Wierzbno — Domaniewska — Galmok — Metro Wierzbno. Bo głośno mówimy, że chodzi o pewien poziom, zabezpieczenie rodziny, regularny przelew uczciwej kwoty. Ale kiedy nikt nie widzi, dalibyśmy się pokroić za odciski od pióra na palcach, plamy z tuszu na nowym stole, za ten wyrysowany wreszcie idealnie ogonek pod a czy oczko pod g, za wyhodowany w jedną noc od zalążka do layoutu pomysł. Za obracane w głowie zdanie czy frazę, które nad ranem rozwijają się wreszcie w coś fajnego. Zrobić z tego sposób na życie, zamiast tracić je na spotkaniach, telekonferencjach i wysiadywaniu dupogodzin w niewietrzonych biurach nad podłą kawą — dla mnie to jest sens wyciskania własnymi rękami cytryn i do tego ten film inspiruje.

Sam wątek kurczenia się agencji i zwalniania ludzi wydaje mi się drugorzędny. Może dlatego, że to mój drugi globalny kryzys i wydaje mi się, że w 2002 roku było dużo trudniej. Może dlatego, że bez prawdziwego kryzysu nie ma prawdziwej zmiany. A może dlatego, że moją ostatnią agencję fala zmyła prawie rok temu i nie robi to już na mnie takiego wrażenia…

Zamiast podsumowania

Tuesday, December 29th, 2009

Nie mam siły podsumowywać tego roku. U mnie za dużo się działo.

Na początku w roli głównej oglądaliśmy etatowca w sieciówce, zgnębionego do stopnia odcinającego myślenie, wyobraźnię i instynkt samozachowawczy. Sceny mówione ustępowały scenom pojedynków, fabuła stawała się farsą a teatr — cyrkiem, gdy spróchniałe deski pękły i nastąpiła zmiana dekoracji.

Stara buda szła na dno, pępowina (tak, taka rurka z płynem podtrzymującym fizjologię organizmu) została zamieniona na cieńszą i okrutnie przekorporacyjną, ale najważniejsze, że zaczęła się realizacja pomysłu noszonego w głowie od kilku lat i budowanie podstaw pod własną scenę.

Prawie na siłę odbudowywanie pojęcia wolnego czasu i odnowienie znajomości z książkami, kinem i piórem do kaligrafii. Spotkania z dyrektorami innych cyrków i znakomitymi sztukmistrzami (z całego świata!), kilka gościnnych występów, czasem bezczelne wejście z własnym tekstem w czyjąś rolę, trochę błazenad, pościgów, ucieczek, strzałów znikąd i napadów na pociągi z pocztą. Więcej nieudanych projektów, niż dotąd przez całe życie. Dzień pracy kończony o 5 rano i następny zaczynany cztery godziny później.

Aż wreszcie: stara kamieniczka (z niewielkim tarasikiem) na Zielonym, Pieprzonym Ż., spotkania Zespołu, pierwsze wspólne projekty (już niebawem Premiery), brawurowe (na jednym kole!) zamknięcie sezonu i ambitne plany na następny. Z nadzieją, że da się go już wspominać bez dziwnych paraleli i będzie można po nazwisku napisać, że Igrek zabił Iksa strzałem z rewolweru.

Jeszcze trzy dni do końca chyba najintensywniejszego roku w życiu. Mimo, że nie dorobiłem się w nim, jak wielu moich kolegów, dziecka, prawa jazdy ani kompletnej siwizny. Za to obiecujących i solidnych podstaw pod następny, w którym będzie się działo niejedno…

Uff… Przedstawienie zostanie wznowione w połowie stycznia, z nowym afiszem, makijażem, piszczącym gumowym nosem, goździk w klapie psikający wodą — gratis. Tymczasem personel udaje się na wywczas. Do poczytania w nowym roku! Oby jeszcze lepszym!