Głupia sprawa. Ktoś się zorientował, że nadruk na markowym t-shircie zaprojektowany został z wykorzystaniem zajumanego z deviantArtu zdjęcia wykonanego przez amerykańską 19-latkę. Oczywiście, jest internet, ludzie mają oczy i mózgi, sprawa się wydała, zrobiło się głośno, a tu jeszcze rzecznik prasowy na urlopie i nie ma się jak bronić (najgłupsza, swoją drogą, możliwa odpowiedź dowodząca jedynie, że rzecznika, który ma takich zastępców, z firmy wypuszcać nie wolno w ogóle).
Nie jest to pierwszy taki przypadek, latem ubiegłego roku widziałem w sklepie Reserved t-shirt z kopią wzoru Tree Town z Threadless (to jedna z moich ulubionych, dlatego rzuciła mi się w oczy). Sposób wykonania nadruku, ewidentnie partacki nawet dla laika (mechanicznie zwektoryzowana prevka, powiększona i ręcznie poprawiona tu i ówdzie), najwyraźniej zachętą nie był i po paru dniach jedyna sztuka zniknęła z wieszaka.
Dziwaczna jest dla mnie reakcja LPP (może jednak lepiej było poczekać na rzecznika) — zamiast pokajać się, wykonać jakiś ładny gest, np. zafundować dziewczynie tygodniowy warsztat fotograficzny w Trójmieście, potraktowano ją jak wypadek biznesowy i do zdawkowych przeprosin dołączono listę innych fotografii jej autorstwa, które chcieliby wykorzystać w przyszłości po „standardowej cenie, w jakiej kupują zdjęcia”. Jej reakcja opisana jest na linkowanym wyżej blogu, kto jest ciekawy, niech przeczyta, dalej to już problem stron.
Ciekawszy jest obraz projektanta, jaki wyłania się z tych historii. Reserved zrzuca odpowiedzialność na podwykonawcę/kontraktora. Normalną praktyką powinno być uaktywnienie klauzuli o odpowiedzialności cywilnej zawartej w umowie z projektantem i ujawnienie jego danych, pozwalające dochodzić pokrzywdzonemu swoich praw a złodzieja eliminujące z zawodu na kilka lat. Kradzież wzoru z Threadless jest czystą głupotą, kradzież zdjęcia amerykanki z deviantArtu dowodzi już głupoty połączonej z próbą bycia cwanym. Takiej osobie „ban” na pracę projektanta może tylko pomóc, kilka lat szparowania choinek do gazetek supermarketów powinno przywrócić trochę pokory. Ale jestem pewny, że to się nie stanie. Jestem pewny, że wykonawca nie przyjął w umowie odpowiedzialności za udowodnienie praw do swojej pracy, nie jest ubezpieczony z tego tytułu i nikt nie będzie chłopaka/dziewczyny dodatkowo gnoił.
Nie wiem, ile LPP płaci za wzór nadruku na t-shirt. Pewnie jest to kilkaset złotych, pewnie nawet bliżej 150, niż 500. Nie na t-shirtach zarabiają, to jest towar, który bierze się z wieszaka przy okazji. Jeden krój, jeden fason, linia do sitodruku się nie kurzy, klienci dołożą trochę drobnych przy kasie i oferta się domyka. Na tyle, że dobra firma robiąca całkiem fajne rzeczy uprawia dziadostwo, które się zemściło.
A najśmieszniejsze jest to, że cała afera nic nie zmieni. Rzecznik prasowy (ciągle mam nadzieję, że jeszcze wypoczywa i to nie jego odpowiedź opublikowała autorka zdjęcia) wróci, uczciwa kwota wyciszy sprawę, w firmie zrobi się audyt i kontrolę, trochę towaru pójdzie na przemiał, kilku podwykonawców w odstawkę. Ale nie zmienią się stawki za pracę, a z nimi nie podniesie się jej poziom. Ilustrator czy projektant z nazwiskiem nie sprzeda praw do wzoru za karton fajek, młodzi nie mają jak się promować, bo nie ma zwyczaju podpisywania wzorów. Jak nie ma ani kasy, ani lansu, to szybko tworzy się usankcjonowana zwyczajem przemysłowa partanina robiona po nocach przez chałturników. Zamiast projektantów hodować będziemy „grafików komputerowych” przerysowujących bezmyślnie zagramaniczne wzory i trendy. Dlaczego? Bo to się opłaca od tylu lat i w tylu przypadkach, że pewnie jeszcze długo będzie.