Zabawa
Saturday, June 6th, 2009Do zabawy w japońskiego turystę potrzebne jest w miarę obce miejsce, w którym nie zostanie się rozpoznanym, jeśli się tam wróci. Na tyle dobry aparat, żeby w trybie automatycznym produkował coś, co da się rozpoznać i nie włączał sam z siebie lampy błyskowej — w końcu chodzi o zabawę, a nie robienie z siebie idioty.
Jasny obiektyw. Stałoogniskowa 50-tka Canona będzie idealna.
Pierwszych kilka razy dobrze jest odbyć wieczorową porą, żeby wyleczyć się z zażenowania.
Nie dać sobie ukraść aparatu. Nie przyjmować od autochtonów propozycji współkonsumpcji narkotyków ani alkoholu. Nie iść na łatwiznę — nie fotografować bejów, wypadków ani dziur w jezdni. W razie zaczepienia przez miejscowych należy utrzymywać, że pracuje się w reklamie albo przy filmie. To tłumaczy wszystko i jest dużo skuteczniejsze, niż udawanie Szweda.
Wiedząc to wszystko należy udać się w przestrzeń publiczną i tam, przechadzając się liniowo, na ile starczy wstydu fotografować wszystko. Dosłownie wszystko. Z biodra, a właściwie z barku, bez zastanowienia, kadrowania i zmieniania nastaw, pilnując tylko, żeby nie były za bardzo poruszone. Kwadrans powinien wystarczyć na 75-100 zdjęć, z których — i tu niespodzianka — około 20 nadaje się potem do zachowania.
Pozostawia bardzo odświeżające uczucie i całkowicie pustą, zdolną do myślenia głowę. Kto chce to wzmóc, może wrócić w to samo miejsce za dnia i zachowywać się jak turysta konwencjonalny, szanujący prywatność i zwyczaje tubylców, a potem porównać zdjęcia z obu sesji.









