Archive for the ‘Web2.0’ Category

Solarium Gate 2: witamy w realu

Saturday, July 10th, 2010

Ileż to uwalczyli na giełdzie nasi wizjonerzy i inżynierowie umysłów? Minus 63%. Sporo. Sporo w dół. I leci.

Ale to problem mentalnych rewolucjonistów. Ja się cieszę, że Solarium Gate nie miało żadnego wpływu na postrzeganie branży internetowej czy interaktywnej i nie rozeszło się echem po innych przesięwzięciach. Słowem: żart został zrozumiany i stosownie doceniony, sztandar wyprowadzić.

…a może…

Saturday, May 29th, 2010

…na stosunek do Facebooka tych, których ten serwis już nie tyle niepokoi, co irytuje, rzutuje osoba założyciela?

Yahoo bez Yanga ma spokój i nawet pewną życzliwość, Google było w stanie chińskim manewrem znowu stać się dobre, Gates zakolegował się z Jobsem, Jobs to Jobs, Balmer… no właśnie, kto to jest Balmer i czy nie pomylił konwentów. Omidyar dawno już nie kieruje eBayem osobiście, ale to jego obecność i osobowość dotąd nie pozwoliły przekształcić firmy w zimną, wyrachowaną korporację i przedłużyły jej żywot (może za wcześnie jest na mówienie o agonii, ale na pewno formuła sprzed 10 lat się wyczerpała). Ale Zuckerberg — zdaniem wielu z tym chłopakiem jest coś nie tak (mnie on też nieco drażni). Że za młody, za mało ma doświadczenia (gdy pękała Wielka Bańka Dotcomów miał 17-18 lat, i on chce rozstawiać wielkich graczy po kątach???), za pyskaty, nie zna i nie czuje użytkowników FB. Że właściwie całkiem przypadkowo jest tam, gdzie jest, bo to, że studenci upodobali sobie akurat ten serwis, a nie inny, i uruchomili lawinę popularności, to czysty fart (dopiero później włączyły się w zabawę pieniądze Microsoftu, który chce być fajny i ciągle nie wie jak). I jeszcze jakieś niejasne studenckie historie, wcale nie układające się w obraz sympatycznego geeka, tylko cynicznego cwaniaczka. Po podlaniu sosem z wielkiego ego roztaczającego mocarstwowe plany mamy już bardzo blisko do zwykłego buca.

Czy tak jest, przekonamy się niedługo. Naturalną koleją rzeczy jest migracja userów do innych serwisów. Pewnie jeszcze w tym roku ruch na Facebooku zacznie zamierać — w powstałym śmietniku trudno się poruszać, poza tym nikt nie ukrywa, że ten serwis to już tylko reklamy. Dla tego chłopaka będzie to prawdziwa konfrontacja z rzeczywistością, zakładając oczywiście, że udziałowcy przy pierwszym sygnale paniki nie przejmą sterów i nie zatopią całego przedsięwzięcia w sprawdzony wiele razy i kontrolowalny sposób.

Gdyby Facebook był kotem…

Thursday, May 27th, 2010

…można by przypuszczać, że zabije go ciekawość. Ale nie jest, więc pewnie nie.

Moim zdaniem wykończy go nuda.

Miało być tak ładnie: wall każdego użytkownika miał zastąpić internet, zbudowany indywidualnie i na zamówienie. Chcemy wieści ze świata — zapisujemy się do odpowiedniego fanpage i już płyną. Sport? Kultura? Muzyka? Do wyboru. Notki, zdjęcia i znowu muzyka? Proszę bardzo. Przy okazji profilujemy sobie reklamy o akceptowalnym stopniu natręctwa, a te utrzymują cały interes w ruchu. I jeszcze mamy w tym samym miejscu znajomych, więc nie potrzebujemy emaila ani zewnętrznych komunikatorów. Raj na ziemi.

Dlaczego to nie wychodzi? Dwa-trzy lata temu Facebook wychodził z epoki studenckiej i skończyły się pogaduszki i umawianie na imprezki. Przy rodzinie i znajomych z pracy nie wypadało już pisać dziwacznych statusów, zaczęły się bezpieczne (i nudne) wpisy. Potem przyszła plaga gier i quizów, rozpaczliwego wołania o coś fajnego. Gdy się znudziły, ich rolę przejęły w końcu grupy i fanpage. Są osoby zapisane do ponad 1000 grup, na których w większości nic się nie dzieje. Żaden post nie ma szans przebić się przez ścianę chaosu i przypadkowych informacji, żadna wymiana myśli nie ma szans zaistnieć. O ile coś ciekawego można poczytać na mikroblogach, to narzędzie do wszystkiego znowu okazało się narzędziem do niczego.

Zmartwią się pewnie marketerzy, którzy znowu uwierzyli, że dostają do ręki uniwersalne narzędzie do wszystkiego. Nie ma tak dobrze, trochę danych z quizów sprzedanych firmom medycznym szybko wyszło na jaw, żeby zebrać sensowną ilość widzów trzeba sypnąć hojnie gadżetami, a potem nie bardzo wiadomo, co z tą masą ludzi zrobić. Ale problemy marketerów to najmniejsze zmartwienie.

Facebooka czeka pewnie los MySpace. Stanie się zbiorem reklamiarzy, którzy będą obserwować się nawzajem, i martwych dusz nie przejawiających żadnych aktywności poza powiększaniem listy znajomych i wrzuceniem raz do roku zdjęcia z wakacji. Ludzie, którzy są kołem zamachowym każdej społeczności nie będą mieli czego szukać w zunifikowanym, obwarowanym dziwnymi regułami świecie zabraniającym szukać dziur, sprawdzać wytrzymałość granic, testować cierpliwość innych.

Dopóki mądre reklamiarskie głowy nie zaczną majstrować przy serwisach mikroblogowych w dążeniu ich monetyzacji, to tam można będzie poczytać ludzi mających coś ciekawego do powiedzenia. A w międzyczasie przyjdzie może refleksja — po co robić replikę internetu na czyichś warunkach i dla czyjegoś zysku, skoro dokładnie to samo można uzyskać narzędziami niezmienionymi od 20 lat. I że najważniejsi mogą być ciągle twórcy treści, a nie reklamodawcy.