…można by przypuszczać, że zabije go ciekawość. Ale nie jest, więc pewnie nie.
Moim zdaniem wykończy go nuda.
Miało być tak ładnie: wall każdego użytkownika miał zastąpić internet, zbudowany indywidualnie i na zamówienie. Chcemy wieści ze świata — zapisujemy się do odpowiedniego fanpage i już płyną. Sport? Kultura? Muzyka? Do wyboru. Notki, zdjęcia i znowu muzyka? Proszę bardzo. Przy okazji profilujemy sobie reklamy o akceptowalnym stopniu natręctwa, a te utrzymują cały interes w ruchu. I jeszcze mamy w tym samym miejscu znajomych, więc nie potrzebujemy emaila ani zewnętrznych komunikatorów. Raj na ziemi.
Dlaczego to nie wychodzi? Dwa-trzy lata temu Facebook wychodził z epoki studenckiej i skończyły się pogaduszki i umawianie na imprezki. Przy rodzinie i znajomych z pracy nie wypadało już pisać dziwacznych statusów, zaczęły się bezpieczne (i nudne) wpisy. Potem przyszła plaga gier i quizów, rozpaczliwego wołania o coś fajnego. Gdy się znudziły, ich rolę przejęły w końcu grupy i fanpage. Są osoby zapisane do ponad 1000 grup, na których w większości nic się nie dzieje. Żaden post nie ma szans przebić się przez ścianę chaosu i przypadkowych informacji, żadna wymiana myśli nie ma szans zaistnieć. O ile coś ciekawego można poczytać na mikroblogach, to narzędzie do wszystkiego znowu okazało się narzędziem do niczego.
Zmartwią się pewnie marketerzy, którzy znowu uwierzyli, że dostają do ręki uniwersalne narzędzie do wszystkiego. Nie ma tak dobrze, trochę danych z quizów sprzedanych firmom medycznym szybko wyszło na jaw, żeby zebrać sensowną ilość widzów trzeba sypnąć hojnie gadżetami, a potem nie bardzo wiadomo, co z tą masą ludzi zrobić. Ale problemy marketerów to najmniejsze zmartwienie.
Facebooka czeka pewnie los MySpace. Stanie się zbiorem reklamiarzy, którzy będą obserwować się nawzajem, i martwych dusz nie przejawiających żadnych aktywności poza powiększaniem listy znajomych i wrzuceniem raz do roku zdjęcia z wakacji. Ludzie, którzy są kołem zamachowym każdej społeczności nie będą mieli czego szukać w zunifikowanym, obwarowanym dziwnymi regułami świecie zabraniającym szukać dziur, sprawdzać wytrzymałość granic, testować cierpliwość innych.
Dopóki mądre reklamiarskie głowy nie zaczną majstrować przy serwisach mikroblogowych w dążeniu ich monetyzacji, to tam można będzie poczytać ludzi mających coś ciekawego do powiedzenia. A w międzyczasie przyjdzie może refleksja — po co robić replikę internetu na czyichś warunkach i dla czyjegoś zysku, skoro dokładnie to samo można uzyskać narzędziami niezmienionymi od 20 lat. I że najważniejsi mogą być ciągle twórcy treści, a nie reklamodawcy.