Archive for the ‘Książki (lub czasopisma)’ Category

Grzbiet w zagrożeniu

Monday, April 26th, 2010

Nikt (a już zwłaszcza żaden grafik) nie zamierzy się kijem bejsbolowym na produkt Apple. Pewność w tej sprawie zdobyłem w kinie. Kiedy ponury oprawca gwałcił bohaterkę filmu „Millenium”, sala zamarła w milczeniu. Gdy jednak grupa rzezimieszków roztrzaskała jej laptopa (marki Apple Mac Book Pro) z gardeł widzów dobył się empatyczny jęk bólu. Sorry, Gutenberg! Z Jobsem nie wygrasz. Papierowa książka wypada z gry.

A tak naprawdę jest to fragment świetnego tekstu Marcina Wichy o papierowych i cyfrowych książkach. Kto nie czyta, ten trąba: „Grzbiet w zagrożeniu”.

I jeszcze: nie wypada i nie wypadnie. Zmienia się, jak wszystko dookoła, zawęża trochę swoje przeznaczenie, coś odpada z głównego nurtu. Ulotna wiedza techniczna, która deaktualizuje się na przestrzeni kilku tygodni: pewnie, sam ją kupuję tylko w cyfrowej postaci. Dyrdymały, poradniki, przewodniki: jak najbardziej. Ale zamienić moją półkę Rushdiego czy półkę Pratchettów na katalog z pdf-ami? Ejże.

Przykład osądzanego od czci i wiary Apple i jego produktów pokazuje, że w uproszczonym, cyfrowym świecie ciągle mamy potrzebę rzeczy po prostu ładnych i przyjemnych w dotyku. Nawet kosztem okrojenia z niektórych funkcjonalności, czy będzie to podparcie kiwającego się stołu, czy zawinięcie śledzia.

I to się jeszcze długo nie zmieni, więc projektanci dobrych okładek mogą spać spokojnie.

Podróże kształcą

Tuesday, December 1st, 2009

Jako miejski snob, rozpieszczony dodatkowo sąsiedztwem jedynej w kraju linii metra i mający wszędzie tak samo blisko, omijałem programowo połączenia kolejowe. No, może tylko nad morze. Bo można z psem.

Dopiero perspektywa pokonania najbardziej zatłoczonej wylotówki miasta (zaczynającej się, razem ze swoimi korkami, jeszcze przez centrum), w dodatku bez potrzeby kupowania dodatkowego biletu, zaciągnęła mnie na dworzec Śródmieście. Chyba po raz pierwszy w życiu.

SKM (to ta fajna kolejka z fajnym logo wybranym po jeszcze fajniejszym konkursie) nie zawiodła i jest naprawdę fajną alternatywą dla komunikacji ulicznej (poprawnie jest chyba: naziemnej). Nie zawiodłem się także na tradycyjnym, staropolskim bałaganie kolejarskim — trzeba naprawdę tęgiej mózgownicy, żeby połapać się, które to KM, WKD, SKM, a które PKP, bo wszystkie jeżdżą według swoich reguł.

Nie nawalili dworcowi spikerzy, przeniesieni żywcem z Misia, dostarczający nielichej rozrywki zamiast banalnych informacji. Ale najwięcej satysfakcji dostarczyła oferta kulturalna. Podróżny ma bowiem do dyspozycji szereg straganów oferujących prasę mocno nieświerzą, za to w atrakcyjnych cenach. Za ploteczki o gwiazdkach scen i ekranów zapłacimy między 20 a 50 groszy, a że ploteczki sprzed kwartału, to tylko dowód, że sława przemija u nas wolniej. Paczki z makulaturą spadają z ciężarówek na wagę, bez oglądania się na tytuły, to i zdarzają się ciekawe rarytasy.

I tak wszedłem w posiadanie sierpniowego numeru Brownbook Magazine, lajfstajlowego pisma wydawanego w Emiratach Arabskich. A w nim rozkosz dla oczu — ładny skład, zwarty, ale zostawiający mnóstwo światła, dobre fotografie, ładne reklamy (bardzo dalekie od komunikacji na ulotkowym nieraz poziomie znanej choćby stąd). Do poczytania nie tak dużo, ale ciekawie i treściwie, jak reportaż o arabsko-żydowskim teatrze w Jaffie. Trochę architektury, trochę torebek, trochę o „naszych ludziach w Nowym Jorku”. Ale przede wszystkim naprawdę wysoki poziom wydawniczy i elegancja niemożliwa chyba w naszym świecie, gdzie na moduły pisze się teksty wypełniające niesprzedaną na reklamy powierzchnię.

W drodze powrotnej trafiła się jeszcze księgarnia (przecenione poradniki ezotreczne, kucharskie i życiowe, odzyskane z gazet serie dodatków papieskich, bardzo przecenione romanse i kryminały), a w niej książeczka o energii atomowej dla pacyfistów z ilustracjami Sempé.

I choćby po to warto było odbyć podróż Warszawa Śródmieście — Warszawa Ursus, i z powrotem.

Nowa -grafia

Tuesday, January 8th, 2008

grafia.jpg

Ciąg dalszy dobrych rzeczy. Pokazał się nowy numer -grafii, przede wszystkim w nowym formacie – takim, jaki pasuje i czytelnikowi, i do zawartości, a nie drukarzowi czy dostawcy papieru. Zmniejszony, poręczny format jest świetnym pomysłem. Layout w nim nie zginął, tekst da się czytać a zdjęcia i reprodukcje da się oglądać.

Drugą dobrą wiadomością jest zawartość kwartalnika. Przy ostatnich numerach miałem wrażenie raczej poszukiwania swojego miejsca, teraz poczułem jakiś oddech i większą pewność siebie. -grafia krzepnie jako otwieracz głowy i oczu, nie wpadając już w ciągoty do akademickich sporów o sztukę, sens, powód i znaczenie. I bardzo mi się to w niej podoba.