Arbo i Maxwell House udało się. Nie wiem, czy w kategoriach założonych celów martketingowych, ale na pewno udało się wykręcić „case’a”, który będzie przez najbliższy rok przytaczany i analizowany na wszelkiej maści konferencjach i spędach. Wygenerowanie w mniej więcej dobę 40 000 dobrowolnych i aktywnych kontaktów z marką jest na pewno wyczynem dużym i wartym tych 4-5zł za kubek.
Ciekawe, że termokubki nie trafiły (jeszcze?) do wtórnego obrotu na Allegro, jak to się zwykle dzieje z rozdawanymi gadżetami.
Ciekawe, co obie firmy zrobią z tą masą fanów. Taka ilość użytkowników sieci, czyli statystycznie: neurotyków z deficytami umiejętności społecznych, w jednym miejscu przypomina skład porcelany na wulkanie i trzeba sporych zdolności akrobatycznych, żeby nie narobić nieszczęścia. Przy czym z reguły nie wystarczy po prostu unikać gwałtownych ruchów.
Bardzo ciekawe, jaki mają dalszy scenariusz rozwoju działalności na Facebooku. Nie jestem pewien, na ile powszechna jest świadomość, że to coś trochę innego, niż korpostrona www, którą można co dwa lata dać do wymyślenia od nowa nowej agencji wybranej w przetargu na bycie najbardziej w zgodzie z trendami. Hype na Facebooka trwa dopiero pierwszy sezon więc pewnie jeszcze mało kto zastanawiał się, jak będzie wyglądało przekazywanie budżetów, naprodukowanych treści i zbudowanych społeczności.
Chyba, że wyuczliśmy się już, że za 18 miesięcy przyjdzie hype na coś innego i problem się sam zakończy jak popularność Naszej Klasy.
Albo że jeszcze dwa lata i koniec świata.
Ale najbardziej jestem ciekawy, czy prawdziwa jest plotka, że „grupa sprzeciwu” dla malkontentów, którzy nie załapali się do nagród lub nie mogą się doczekać słusznie im przysługującej, nie jest tak naprawdę inicjatywą oddolną, tylko została założona przez Arbo. Byłby to całkiem sprytny wybieg na skanalizowanie negatywnych reakcji (muszą się pojawić, bo przecież ludzie+internet=hate) i utrzymanie ich na akceptowalnym poziomie. Byłoby to przygotowywanie planu B nie wtedy, gdy konsumenci są niezadowoleniu, tylko razem z planem A. W takim przypadku przypadku uchylam czapki.
Zanim jednak specjaliści od PR-u, którym te nieszczęsne social media nie mieszczą się w żadnej kategorii, odkryją złotą receptę równoległego budowania kanałów komunikacji pozytywnej, negatywnej, oddolnej i odgórnej, warto poczekać jeszcze trochę na reakcję mas. „Rewolucja” web 2.0 była skanalizowaniem energii generacji około-30-latków, na oczach lub rękami których powstawał internet, jaki znamy. Była niezgodą na metkowanie sieci przez firmy i sprowadzanie wszystkich innych do roli klientów i zjadaczy. Minęła niemal dekada i ten scenariusz się powtarza: zamiast portali mamy wyszukiwarki i społecznościówki, które karmimy, najczęściej naiwnie szczerze, swoim życiem i dobrowolnie sprowadzamy sieć do roli słupa reklamowego. Dopóki mamy depresję ekonomiczną i umysłową – to działa. Trzydzieści tysięcy ludzi nie miało problemu z oddaniem swoich danych osobowych za darmo (bo nagrody były tylko dla najszybszych 10 000). Korporacja rzucająca lekką ręką fanty może liczyć na autentycznie ciepłe uczucia. Ale czy razem z optymizmem wróci zdolność trzeźwego myślenia i obecna generacja będzie w stanie dać światowi reklamy takiego kopa w tyłek, jak poprzednia?
Rozsiadam się wygodnie i obserwuję.