Jeszcze w ubiegłą środę siedzieliśmy z koleżanką z pracy w kawiarni i, ciesząc się, że wreszcie nad obcym nam obojgu miastem wyszło słońce, wygłupialiśmy się żartując, czy głupszy jest mój prezydent, czy jej. Koleżanka jest bowiem Iranką i ma na ten temat opinię opartą na mocnych podstawach. Ostatecznie palma pierwszeństwa przypadła G. W., a my, zadowoleni, że jest on już przeszłością i z nadzieją przed piątkowymi wyborami i zapowiadaną wysoką frekwencją, spokojnie mogliśmy zmienić temat. Na przykład na zwyczaje żywieniowe tubylców.
Kilka dni później media w zasadzie nie dostrzegają trzeciej doby buntu Irańczyków. Te domniemane dwa miliony ludzi na ulicach to wydarzenie bez precedensu na Bliskim Wschodzie, gdzie pojęcie społeczeństwa obywatelskiego praktycznie nie istnieje. To może być ten impuls do zmian w myśleniu ludzi o sobie, na który czekały kolejne administracje amerykańskie, próbując „rozpalić ogień demokracji” w Afryce czy Azji. Tymczasem w tradycyjnych mediach nie dzieje się nic. Na Wschodzie bez zmian.
I w zasadzie tak było zawsze, pomijając wydarzenia kalibru 11/9.
Inaczej, niż w tych, które rzekomo kradną im teksty. Twitter kipi od relacji z Teheranu, od pojedynczych, urywanych wpisów mieszkańców pacyfikowanego w nocy akademika, po opisy atmosfery uniesienia i oczekiwania przed wielką manifestacją. Wkrótce po jej rozpoczęciu na Youtube pojawiły się zapisy wideo, pokazujące zbuntowany tłum domagający się zmian. I jeszcze tłum obserwatorów na całym świecie, który zaczyna wywierać presję na własne rządy i tworzy petycję do Google, domagając się odświeżania zdjęć satelitarnych Teheranu co godzinę. Agregatory wiadomości tworzą nie tylko Twitter, ale też Alltop i w końcu Google News.
Inaczej, niż podczas wydarzeń w Birmie, Tybecie, Nepalu, Gruzji, na Ukrainie czy Białorusi, przez samą swoją masę obserwatorzy zaczynają wywierać wpływ na wydarzenia. Poza wyrazami poparcia, współczucia, komentarzami porażającymi nieraz naiwnością, próbami przekazywania adresów bezpiecznych serwerów proxy, najważniejsza jest chyba sama ilość zaangażowanych emocjonalnie ludzi. Nie da się już strzelać do własnych obywateli, gdy wszyscy to widzą. Zbrodnię, na ukrycie lub zakłamanie której jest kilka godzin lub dni, da się politycznie rozegrać. Fala poruszenia, która przelała się przez wszystkie możliwe kanały internetu na pierwsze doniesienia o strzałach w Teheranie, raczej nie minie bez konsekwencji.
A przynajmniej dzisiaj wolno mieć na to nadzieję.